19 listopada 2017

Niespełnione obietnice.

Wracasz znów, w gwarze tysiąca moich (nowych) obowiązków, kiedy nie mam czasu na tę kawę pitą w spokoju. Spotykające się w biegu spojrzenia w cieple pośród zimna, które ogarnęło i rozmowy pełne obietnic, które zaczynasz łamać zaledwie kilka godzin później. Już nie jestem smutna, nie jestem zła. Ciebie już nie ma, a mnie została gorycz rozczarowania, kolejny raz z resztą, kiedy nie widzę nawet jak wsiadasz do samochodu i wracasz do miejsca, które domem jest nie mniej od tego, w którym ja zostaję. Łapię się na tym, że chcę klnąć, krzyczeć, pięści zaciskać i celować w ścianę, choćby miał w niej ślad zostać nie mniejszy niż na kostkach, krwawych i posiniałych. A później uświadamiam sobie, że zła jestem i mogę być przecież jedynie na siebie, za jakąś nadzieję, której nie powinnam mieć, bo już to widziałam, słyszałam, w jakiś sposób poznałam, przeżyłam. Myślę sobie dzisiaj, że minęły dwa dni, cisza nie jest przecież długa, nie ciąży. A z drugiej strony pełno we mnie myśli, że nie przerwiesz jej przez następne tygodnie, dopóki znów nie staniesz w drzwiach i historia nie zatoczy kręgu. Zmęczona jestem.