24 września 2017

Szeptem na ucho.

Inaczej to sobie wyobrażałam. Ale ja już chyba tak mam, z tymi wyobrażeniami, których gro niesie z sobą późniejsze rozczarowania. Może czekanie, wzmagające tęsknotę, której wcale być nie powinno, podsyca pragnienie rozmowy i pozwala na układanie w głowie słów, które nie zostaną nigdy wypowiedziane. Może padły jakieś obietnice, zaczęły spełniać się pragnienia, do których rościliśmy sobie prawo, a później przyszła rzeczywistość. Ciepło dłoni i światło uśmiechu w ciemnym tunelu oplecionym deszczem, który koi rozgrzane do czerwoności zmysły. Wróciło coś do mnie. Coś w życiu obecnego nazbyt długo, co przywołała tęsknota i słowa, które kiedyś już padły z ust innych, odległych dziś o długie lata i masę doświadczeń. Gdzieś to kiedyś słyszałam, lęki obezwładniające i obietnice niekrzywdzenia, która krzywdząca była bardziej od nieobecności. Podajesz mi dłoń, zapraszając, nie mając przy tym świadomości ile trwało oczekiwanie, by te senne marzenia móc spełnić. Wpatruję się w Ciebie, w oczy Twoje łagodne i delikatne dłonie, pierwszej niedzieli, po sobotnim wieczorze, po piątkowym ognisku, którego nie było, ale cieple, które w tęsknocie nastało. I myślę sobie, że nikt tak pięknie nie mówił... Że to tylko strzał nad przepaścią