30 lipca 2017

Rozgwieżdżone noce.

Każdy ma swój krzyż. Może mamy wpisane w siebie jakieś katastrofy. Te wszystkie (nie)obecności i (nie)dopowiedzenia, przemilczenia, (nie)porozumienia i (pozorne) granice, które czasem dzielą, choć niekiedy łączą. To na mnie tak działa. Spokój i cisza dokoła, schowane za horyzontem słońce, zlewający się z sobą bezkres, zakłócony echem rozmów prowadzonych gdzieś przez ludzi będących tu, podobnie jak my, w zadumie, z myślami błądzącymi po dawno wydeptanych ścieżkach znających dziesiątki historii jak nasza, ta wspólna i te dwie osobne, łączące się czasem w jedną. Nie zrozum mnie źle, to mnie skłania do przemyśleń. Kiedy przestaję na chwilę być kimś myślącym w określony sposób, a zaczynam być tą dziewczyną, tą kobietą... która gdzieś kiedyś zbłądziła. Wciąż są takie myśli, wracające do mnie w stu tysiącach jednakowych miast, skupiające uwagę na Leszku i przekonane, że nikt tak pięknie nie mówił... Miało być dzisiaj inaczej, (mniej)spokojnie i (nie)swojo. A wracam do miejsc, w których Ciebie nigdy jeszcze nie było, patrzę w niebo okraszone tysiącem błyszczących punktów, z których jeden, może dwa, spadł gdzieś szybko, niby (nie)zauważony. Biorę głęboki oddech, oddalając od siebie myśli, które dziesiątki tysięcy razy chciałam w sobie przecież zatrzymać, z tą przeraźliwą świadomością coraz częstszych powrotów. Każdy ma w sobie jakąś historię. Przemilczaną, przepłakaną, przeżytą tysiąckroć od nowa... Przejdę nad tym rano do porządku dziennego, ale teraz, wracając do pierwszy raz od dawna pustego domu przymykam powieki raz jeszcze, ze świstem wypuszczając powietrze i myślę sobie, że ten krzyż nie jest przecież cięższy od naszych możliwości udźwigu. Choćby składał w sobie ciężar piętnastu lat (nie)istnienia tej siły. Prawda?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz