16 lipca 2017

Sześć miesięcy dobrej myśli.

Wiecie, tak naprawdę to marny ze mnie bloger. Spędziłam ponad dziewięć lat na jednym blogu, choć pod różnymi adresami, z czego ostatnie dwa to zlepek nieobecności i częstszego bywania niż bycia. Może problem polega na braku czasu, a może na emocjonalności, wokół której skupiło się to miejsce, a której ja w sobie czuję nieco mniej niż wtedy, kiedy byłam tu najmocniej, całą sobą. Może to też kwestia dorosłości, choć z drugiej strony sądzę, że z tego się nie wyrasta. Wręcz przeciwnie, w to się wrasta. Tworząc swoje miejsca, do których wracając, nazywamy je domem. A ja miałam, nie tak dawno, moment bezdomności.

Wraz z początkiem tego roku ucięłam prowadzony dwa lata wstecz cykl Treningu Dobrej Myśli, którego w pewnym momencie naprawdę zaczęło mi brakować. Trochę pewnie dlatego, że "zmuszało mnie" to do powrotu, choć to wcale nie jest dobre słowo, a wręcz jest naprawdę złe i nieodpowiednie. Wymagało systematyczności i motywowało do tej obecności - może w ten sposób. Minęło trochę ponad pół roku, i choć nigdy nie chciałam pisać typowych postów "co tam  u mnie słychać", to opowiem Wam trochę, z tej najlepszej strony, co się u mnie działo.

Zaczęłam ten rok w Katowicach, w których wcześniej byłam raz, których nigdy nie polubiłam i które po tej drugiej wizycie wspominam jeszcze gorzej. Ale nowe miejsca mają to do siebie, że przynoszą oczyszczenie, choćby nie wywoływały w nas samych pozytywnych emocji i choćby nie sprawiały, że chcemy do nich wrócić. Dwa lata wcześniej, przy powrocie z Gdańska, 1 stycznia utknęłam w szczerym polu, w pociągowym korytarzu nawiązując jedną z najbardziej niesamowitych znajomości. I choć w domu byłam wtedy dużo później, było chyba zimniej i... wydaje mi się, że powinnam była przeżyć to bardziej, to trzy nieudane transporty z Katowic też przecież przyniosły przygody, choćby tę kawę w Częstochowie z ludźmi równie pogubionymi. Może to prawda, że początek roku to zapowiedź jego dalszej części i dlatego jest teraz tak szybko, trochę na złamanie karku?

Nie zwykłam wracać do przeszłości czytając stare wpisy, pamiętniki czy wiadomości, których często zdarza mi się nie kasować. Choć wcale nie zapominam i to nie jest tak, że w ogóle w myślach się nie cofam. Wylałam w lutym trochę łez, przeszukując jeden z wciąż nierozpakowanych kartonów i znajdując pożółkłe zeszyty. Tyle łez i emocji wplecionych w słowa i kartki, które choć może powinny były spłonąć, wciąż są ze mną, będąc moją częścią. Nie wyjęłam tych myśli z czeluści ciszy zamkniętego na klucz pokoju, w którym osiadły gęste kłęby kurzu. Pamiętam to i noszę w sobie na co dzień. Ale czasem to jest tak, że wracasz do chwil, które najbardziej bolały, patrzysz na zdjęcia... i już nie trzęsą Ci się ręce. I w tej całej, zamkniętej i zmrożonej, emocjonalności odkrywasz więcej niż nikły cień uśmiechu, naprawdę wdzięczna za to, że mogłaś to wszystko przeżyć.

A później rocznica, dziewiąta, przynosi ze sobą uśmiech, który chciałabyś pogładzić wiedząc, że ktoś kiedyś naprawdę go kochał.

Przeżyłam w tym roku, pierwszy raz od dawna, urodziny od początku do końca swoje. Nie wystrzegając się myśli o tym, że ten dzień dzieliłyśmy kiedyś między siebie (nie)równo po połowie. Nie zajrzałam w dawne miejsca, nie płakałam nad nami. Zbiegły się one ze świętami, spędzonymi w rodzinie, przy filiżankach parującej herbaty. Choć ta Wielkanoc była trochę smutna, pierwsza w okrojonym składzie, to miejsce przy stole zawsze będzie puste. Ale w sercach zawsze zajęte. Chyba o to chodzi?

Pisałam tu w maju o sile zapachu. O odkrytym na nowo, przywodzącym wspomnienia, zapachu spełniających się marzeń. Wybacz mi na chwilę, chcę do tego wrócić. Kiedyś czułam to w tym miejscu, w którym wciąż tkwi część mnie samej, ta beztroska i szczęśliwa, choć dziś pełna jestem świadomości, że nie jestem już tamtą nastolatką. Przychodzę tu zazwyczaj w momentach, w których czuję najwięcej, choć niekiedy to wspomnienia, nie odczucia z dnia dzisiejszego. Ale ja już chyba taka jestem, trochę zamyślona, trochę nazbyt spokojna w momentach niespokojnych. Polubiłam tej wiosny kawę pitą w ogrodzie, pośród pierwszy raz wypowiedzianego w domu, choć nie moim. Te momenty beztroski w gąszczu zajęć i rzeczy do zrobienia na wczoraj kształtują marzenia o miejscu od początku do końca moim. Chyba też w maju zaczęliśmy oglądać pierwsze zdjęcia, dzwonić na pierwsze ogłoszenia, chyba też w maju zakochałam się w pewnym miejscu, które choć się nie spełniło, to dojrzewa we mnie, zmieniając plany na przyszłość i przewartościowując ustanowione kiedyś priorytety. Trochę się rozpadamy, sklejając się na nowo, kształtując dojrzałość podejmowanych decyzji.

Później był czerwiec, ostatni. Pół roku zleciało, z jednej strony powoli, dając do myślenia, z drugiej nazbyt szybko, choć nie przeciekając przez palce. Czerwiec to miesiąc owiany przyjaźnią. Tą wieloletnią, zrodzoną tutaj, pod pierwszym adresem, dziewięć lat temu, pod postem na pozór nas łączącym. Postanowiła kiedyś, że stanie się częścią mojego życia i mimo drzwi raz po raz zamykanych, weszła do niego oknem. I została. Zapraszając mnie niespełna rok temu do swojego życia w najważniejszej roli, jaką można obdarować człowieka, roli ważnej dla mnie, dla niej, dla jej dziecka, niesionego w październiku do chrztu u boku naszej czwórki. A teraz drugi raz, choć nie na ślubnym kobiercu a w Urzędzie Stanu Cywilnego. Czasem myślę, że nie zasłużyłam na to wszystko. Innym razem, poznając ludzi, którymi się otacza wiem, że dzieli nas przepaść nie do przeskoczenia na dzisiaj. Poznałam ją przypadkiem, z biegiem czasu przyjmując do swojej rodziny. I wydaje mi się, że te łzy w kącikach, zebrane w takich właśnie momentach, mówią więcej niż tysiące wspólnie wypitych kaw z ludźmi, których się nie zapamiętuje. Zajrzysz tu kiedyś, nadrabiając wiele miesięcy i wiedz, że bardzo Ci za to wszystko dziękuję.

Gdzieś pomiędzy tym, zajmując naprawdę ważne miejsce, jest praca, kształtująca we mnie dużo więcej aniżeli jedynie pracownika. Uświadamiająca wiele istotnych spraw i dająca motywacje do dalszej nauki, do szukania nie problemów a rozwiązań. Kształtująca we mnie plany i ambicje, dająca do myślenia, pozwalająca poznawać dziesiątki nowych rzeczy dziennie i odkrywać pasję w tym co robię, choćbym czasem nie wiedziała w co włożyć ręce, jak to ująć... Gdzieś jeszcze są plany kawy o świcie nad morzem w towarzystwie ludzi, którzy są lub stają się rodziną, choć nie wszyscy dostaliśmy na to (jeszcze) papier. Są uśmiechy przeplatane o poranku i powroty do pięknej muzyki z winyli, która choć pozornie dzieli, tak naprawdę łączy. Czuję zapach wiosny, we wszystkich przebudzeniach, niemających niekiedy zbyt wiele wspólnego z porankami. Przymykam powieki, nie wypalając już papierosów, poza majową wycieczką w miejsca naprawdę piękne, z ludźmi, których widuję na co dzień, którzy tworząc więcej niż jedynie zawodowy zespół. Przymykam je i uśmiecham się, otwierając. Chłonę dni nie patrząc jak przeciekają przez palce i myślę sobie czasem, że minął rok, prawie półtora, a we mnie zmieniło się więcej niż przez wcześniejsze lata poszukiwań, w większości spełzających na niczym.

I tylko tego miejsca naprawdę mi brakuje i wciąż sobie powtarzam, że wrócę. A teraz sobie myślę, że nie tyle zostawiłam, co właściwie zrodziłam tu i wplotłam tak wielką część siebie, że ja chyba trochę nie istnieję bez tych powrotów, choćby rzadkich i wciąż (przed sobą) usprawiedliwianych. Tęskniłam za Wami. Za sobą. 

15 komentarzy :

  1. Jak się nie ma ochoty na pisanie, to lepiej się na to nie silić, bo wychodzi to strasznie kiepsko. Ale cieszę się, że już jesteś :) I to z takim pozytywnym akcentem! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem pewna czy to brak chęci, czasu czy nieumiejętność zorganizowania obydwu..
      Też się cieszę! :)

      Usuń
    2. Stawiam na jedno i drugie ;D

      Usuń
    3. Z przykrością stwierdzam, że możesz mieć rację... ;)

      Usuń
  2. Nieważne czy jesteś tutaj często czy bywasz tylko czasami, ważne, że jesteś w ogóle. I nie znikaj :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tę tęsknotę widzę w każdym z ostatnich postów, ale nic nie powiem, skoro sama pojawiam się i znikam.
    Ściskam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może chodzi o to, żeby wracać?

      Usuń
    2. Ważne, że jest dokąd i do kogo.

      Usuń
    3. Prawda. Co by nie mówić, miejsca w dużym stopniu tworzą ludzie.

      Usuń
    4. Teraz przekonuję się o tym najbardziej. Nie jestem już popularna w żaden sposób i wiem, kto mi pozostał. Smutne, że blogosfera pustoszeje.

      Usuń
    5. Prawda. Mój czas bycia wysoko w rankingach, o które wcale nie zabiegałam też dawno minął bezpowrotnie i obecność ludzi, a nie tyle komentarzy i wyświetleń widać teraz bardziej... Nawet jeśli jest to garstka, którą spotykam tu bywając nie będąc to kiedy mnie nie ma, nie sposób nie zatęsknić. Za pisaniem - owszem, ale też za ludźmi.
      Nie jestem tylko pewna, czy blogsfera pustoszeje. Zmienia się na pewno. W większości my, wiele lat temu, zaczynałyśmy jako nastolatki. I te dzisiejsze też zakładają blogi, tylko o innej tematyce, do której nas tak nie ciągnie. Może te pamiętniki też są, tylko rzadsze i ich nie spotykamy? Nie spędzamy też w sieci tyle czasu (w i taki sposób) jak kiedyś, krążąc od adresu do adresu. Prawda?

      Usuń
  4. Nie ważne jak często, ważne że tutaj jesteś, że nadal czujesz się częścią tego świata, który poniekąd i Ty tworzysz. :>

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytając ten post mam wrażanie, że mogłabym tak naprawdę go skopiować i wkleić na swojego bloga i byłby równie aktualne. Czuję podobnie jak Ty. A raczej nie czuję już tak jak kiedyś.

    OdpowiedzUsuń
  6. O matko. Jestem z Tobą od dawna. Tak naprawdę wydaje mi się, że prawie od początku, ale już na pewno od 7 lat. Każdy Twój post jest prawdziwy. Każdy jest emocjonujący, każdy jest Twój (choć czuję się, jakby był i mój). I czytam to wszystko jednym tchem. Od deski do deski. Pragnąc więcej. Napisz w końcu książkę.

    OdpowiedzUsuń