Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trening Dobrej Myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trening Dobrej Myśli. Pokaż wszystkie posty
7 listopada 2015
Trening Dobrej Myśli, część 11.
Umyka mi czas pomiędzy palcami. Przelatuje powoli, a ja patrzę na te chwile i coraz częściej zdarza mi się zaciskać dłonie, by zatrzymać je przy sobie. Zamykam oczy i nucę pod nosem piosenki, które każdego dnia odkrywam na nowo. Zasypiałam z nimi wczoraj, z uśmiechem na ustach. A dziś wstaję w taki sam sposób. Delikatnie stawiam stopy na drewnianej podłodze, chłonę zapach unoszący się w powietrzu i kołyszę biodrami w rytm dźwięków, które mnie prowadzą. Zaparzam kawę. Dziś smakuje inaczej. Lepiej. Otaczam ulubiony kubek dłońmi, podwijam nogi pod brodę i wpatruję się w niebo za oknem. Listopad jest miesiącem specyficznym. Mniej liści na drzewach, mniej kolorów dokoła. Dziś niebo jest szare, w powietrzu wilgoć, na twarze przechodniów spadają delikatne krople. A ja uśmiecham się do siebie i piję kawę ze świadomością, że niedługo wszystko się zmieni. Będzie mi tego brakowało. Będzie na pewno. Ale odnajduję ostatnio to, czego dawno szukałam. Chłonę spokój i układam go w sobie, witam jak przyjaciela, bo przecież jest mi bliski, tęskniłam za nim na przestrzeni ostatnich miesięcy. Dziś jestem sama. Dziś samotność mi smakuje. Dziś powietrze pachnie inaczej.
5 października 2015
Trening Dobrej Myśli, część 10.
Zamykam oczy powoli, ostrożnie. Jakbym bała się, że zbyt szybkim ruchem mogę popsuć magię panującą wokół od pewnego czasu. Opuszki błądzą po drewnianej powierzchni, nozdrzy dosięga błogi zapach unoszący się w powietrzu. Wsłuchuję się w dźwięki, te moje, te nasze, najpiękniejsze. Nie będę mówiła o muzyce, bo tej naszej nie da się opowiedzieć w żaden sposób tak, by niczego w niej nie popsuć. Marzę ostatnio i marznę, choć chłód zewnątrz nie jest jeszcze tak dotkliwy. Marznę i marzę do rzeczy, które uleciały i pragnień, których dotąd nie znałam. Muzyka się miesza, zapach mnie otula, pobudzone zmysły chłoną chwilę zbyt zajęte by prosić, by czas zatrzymał się w miejscu. To jest moja chwila. Odnalazłam tę jesień, za którą tęskniłam rok temu, a być może, tak naprawdę, tęskniłam już lata wcześniej. Mogłam starać się jej szukać i naiwnie wierzyć, że to rzeczy stworzyły rzeczywistość taką, jaką widzę ją dzisiaj, ale teraz, kiedy ją znalazłam wiem, że stworzyliśmy ją sami. Błądzę dziś ulicami, które znam aż nad wyraz dokładnie. Błądzę wśród szelestu liści rozsypanych wokół i chłonę każdy, choćby najmniejszy, docierający do mnie bodziec. Spuszczam wzrok nieco w dół, kierując go przed siebie i patrzę jak Jej klatka piersiowa unosi się i opada w spokoju, kiedy powieki wciąż pozostają przymknięte. Zapominam przy Niej. Zapominam, że świat wcale nie jest taki kolorowy. I jeśli mogę bardziej, to Ją właśnie za to.
5 września 2015
Trening Dobrej Myśli, część 9.
Kradnę Ją, tak trochę, bez zamiaru oddania przez najbliższe kilka godzin. Budzi się niespiesznie i otwiera oczy patrząc na mnie w widocznym zamyśleniu. Otwiera je szeroko, jak zwykła to robić na co dzień. Mam wrażenie, że widziałam Ją zaledwie wczoraj, a tak bardzo się zmieniła. Ktoś mnie o coś pyta, o czymś opowiada, ale ja nie słucham. Rozmawiam z Nią, bezgłośnie, bo przecież nic nie mówi. Patrzy na mnie tylko, malutkie dłonie zaciskając na wiszącym na szyi serduszku i uśmiecha się szeroko, choć mówią, że zazwyczaj tego nie robi. Do mnie śmieje się tak szczerze, że ciężko mi w to uwierzyć. Nie jest już czarnulką, tak jak na początku i trochę urosła, choć sukienkę ma tę samą, w którą sama nie tak dawno Ją ubrałam, i wciąż jest na Nią dobra. Spędzam z Nią wieczór, na pozornej zabawie, karmieniu, przewijaniu... i trochę czekam, zbierając w sobie wszystkie pokłady fałszywego zaskoczenia, by nie dać po sobie poznać, że już wiem. I staje przede mną ta, z którą dziś wszyscy mnie mylą, choć z biegiem lat ja sama przestałam dostrzegać podobieństwo. Jej mąż uśmiecha się nieznacznie, a małe rączki tej do nas podobnej wędrują w stronę koperty, którą ta starsza wyciąga w moją stronę. A Ciebie chcielibyśmy prosić, żebyś została Matką Chrzestną. Uśmiecham się tym uśmiechem numer jeden, przy którym szklą się oczy, bo choć nie z tej strony na te słowa czekałam... to najlepsze, co mogło mnie spotkać tego lata.
/ wciąż nie mam dostępu do sieci. łączę się przez telefon,
ale wiecie pewnie, jak kiepsko to wygląda na co dzień...
korzysta ktoś z jakiegoś mobilnego internetu i jest w stanie go polecić?
5 sierpnia 2015
Trening Dobrej Myśli, część 8.
Nie mamy jeszcze domu, choć ogród już powoli zaczyna składać się w piękną całość. W przyszłym roku, kiedy wczesną wiosną będę już wieszać zasłony, poranki nabiorą nieco innego kształtu. Choć już dziś piję kawę wśród drzew, rozłożywszy niebieski koc pod naszą piękną jabłonką. Wokół cisza i spokój, którego braki w ciągłym zgiełki każde z nas w pewnym momencie zaczyna odczuwać. Dziś muzyka leci z głośników jakby nieco przytłumiona, a ja rozsiadam się wygodnie z książką w dłoni i chłonę te dźwięki i słowa, które sama sobie wybrałam. Przez gałęzie nade mną i palce moje niespiesznie przebiegające po kolejnych stronach przebija poranne słońce. Niebo jest błękitne, a trawa wciąż lekko wilgotna po nocy. Przymykam oczy na chwilę, a kiedy je otwieram stoisz mi nad głową i z uśmiechem na ustach mówisz, że powoli zastaje nas wieczór. Dopiero teraz dostrzegam, że herbata już dawno się skończyła, słońce przestało grzać w nogi, a i książka, którą zaledwie wczoraj kupiłam i pierwszy raz otworzyłam dziś rano już niemalże dobiegła końca. Kończę czytać ostatnie zdania kiedy już zaczyna się ściemniać. Brakowało mi tej beztroski.
/ nie zostawiam Was tutaj, choć niestety mnie nie mam. mam milion spraw na głowie, a w domu brak internetu. wrócę, oczywiście, ale ciężko mi powiedzieć kiedy. wybaczcie więc, że i Was nie odwiedzam. co słychać, Kochani?
5 lipca 2015
Trening Dobrej Myśli, część 7.
Delikatnie przymykam zmęczone powieki i pozwalam swobodnie płynąć myślom. Podświadomość podsuwa mi obrazy, kiedy czując jego obecność tuż obok przełączam się z trybu absolutnej ciszy i zaczynam chłonąć słowa, które do mnie kieruje. Znam go od lat, znam nie mniej niż on siebie i co mnie samą czasem dziwi, chcę poznawać dalej. Jest tym człowiekiem, który mówi o marzeniach, o ich sile i o mocy jaką mają. Mocy odmieniania naszego życia. Słucham słów podobnych do tych, które kiedyś już wypowiadał, znam każde drżenie jego głosu, każde zawahanie i każdą pauzę, którą robi zastanawiając się nad sensem wypowiedzi. Kończy zdania w specyficzny sposób i niektóre słowa akcentuje inaczej niż powinien. Uśmiecham się pod nosem, lubię te momenty. Piję z nim kawę, patrzę mu w oczy i choć chwilowo nic nie mówi, do mnie dociera sens słów, które wypowiedział wcześniej. Że można, że warto, że dla samego siebie trzeba. Żeby nie zwariować, żeby się nie udusić. Żeby spojrzeć sobie w oczy i cieszyć się z tego jak pachnie powietrze. Moje płuca za nim tęsknią. Bo mimo czasu jaki minął pamiętają, jak ono smakowało. Zamykam te oczy raz jeszcze i choć fizycznie wciąż siedzę na kanapie... już mnie tutaj nie ma. Spaceruję uliczkami, które ukochałam w sobie lata temu i chłonę wspomnienia miejsca, za którym nigdy nie przestanę tęsknić. A później... wracam, na ziemię. Lekko zawiedziona tym jak wygląda dzisiejsza rzeczywistość. Wypijam ostatni łyk kawy, zmywam nasze kubki i kiedy odstawiam ten mój na suszarkę widzę napis, który o wszystkim przesądza. I pierwszy raz od dawna robię coś spontanicznie. Pierwszy raz od dawna podejmuję decyzję, której nikt się nie spodziewa. Po trzech i pół roku, po tysiącach tęsknot, po łzach wylanych z niewiedzy co dalej, po milionach zawahań, pytań czy warto, po tym wszystkim, co tak bardzo mnie zmęczyło... wrócę, i przypomnę sobie jak można płakać ze szczęścia po prostu oddychając. Za sześćdziesiąt jeden dni.
Marzenia nie mają ceny. Nawet jeśli, z pozoru, są cholernie drogie.
Marzenia nie mają ceny. Nawet jeśli, z pozoru, są cholernie drogie.
/ już raz w tym roku to mówiłam, pamiętacie?
5 czerwca 2015
Trening Dobrej Myśli, część 6.
Nie próbuję usilnie zamknąć drzwi. Pierwszy raz w życiu chcę, by były otwarte. Kiedyś chciałam uciekać. Jeszcze niedawno. Chciałam kupić walizkę i bilet w jedną stronę. Obiecałam przecież, że kiedy wezmę w dłoń następny - będzie tym ostatnim, kierunki się nie zmienią. A później... napisała do mnie: słyszałam, że jedziesz z nami. Czekałam na to tak długo, że nikt chyba nie wątpił, że mogłabym odmówić. Ale odmówiłam. Tak jak kilka miesięcy temu zdjęłam szpilki i ze łzami w oczach opuszczałam biuro tak kilka tygodni temu powiedziałam nie, kiedy zawsze chciałam móc powiedzieć tak. Pierwszy raz w życiu poczułam, że chcę zostać. Że coś mnie tutaj trzyma. Kiedyś się tego bałam. Pamiętam jak mówiłam: nie chcę, żeby coś mnie powstrzymało; bo mam swoje plany, marzenia. Nadal je mam. Tylko nieco inne. Trochę odwleczone w czasie. Bo dzisiaj zamiast szesnastogodzinnej gonitwy mam spacery, piaskownice i pieluchy. Zamiast starannie dobranej muzyki mającej pozytywnie nastrajać na cały dzień mam piosenki dla dzieci i zabawę w chowanego. Zamiast piwa na sobotnim koncercie mam Ją, śpiącą w ramionach, uprzednio tańczącą z każdym przechodniem w rytm ulubionych piosenek. Niedziele w zdjęciach mają inny charakter. Kiedy zamykam oczy chłonąc promienie słoneczne przebijające się przez koronę drzewa w ogrodzie - one wciąż są czujne, bo nasze dzieci bawią się tuż obok. Idę na spacer i słyszę tysiąckroć: jaka ona podobna do mamy. Nie prostuję tego już, bo to nie ma sensu. Dziękuję. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że moje decyzje zaprowadzą mnie do miejsca, w którym obecnie się znajduję pomyślałabym, że oszalał. Nie przeszłoby mi przez myśl, że rzucę życie w korporacji dla... życia rodzinnego. I że będę tak szeroko się uśmiechać, choć nie zawsze jest lekko, łatwo i przyjemnie.
8 maja 2015
Trening Dobrej Myśli, część 5.
Ostatki snu mieszają się z dźwiękami piosenki. Będziemy latać, wiesz? Ze spokojem podnoszę powieki ku górze, kiedy na twarz wkrada się lekko zaspany, promienny i pełen nadziei uśmiech. Wkładam słuchawki, włączam muzykę i od rana upajam się najpiękniejszymi dźwiękami. I trwam tak, od czasu do czasu przymykając oczy, by pozwolić podświadomości podsuwać kolejne obrazy. Zbieram je w pamięci, zapisuję w szufladach umysłu, chowam szczelnie razem z tymi piosenkami, by nic nie umknęło. I czekam. Na pierwszą wolną chwilę. Na moment, w którym słońce zacznie się chować. Wtedy jest najpiękniej.
Opowiadałam Ci o tych wizjach, pamiętasz? Opowiadałam Ci co widzę, a Ty za wszelką cenę starałaś się zrozumieć. Doceniałam to nawet mimo świadomości, że nigdy nie będziesz w stanie zobaczyć tego moimi oczami. Nie da się. Ale chodziłaś ze mną na spacery i pozwalałaś mi się w to zagłębiać. Uśmiechałaś się, kiedy było to potrzebne i odwracałaś wzrok w momentach, kiedy nie mogłaś patrzeć. Pstryk.
Są takie miejsca, na myśl o których wciąż się uśmiecham. Przestałam tam bywać, kiedy te obrazy zaczęły odpływać sprzed moich oczu. A kiedyś byłam tam codziennie. Znałam na pamięć wszystkie te ścieżki, uliczki, każdy opuszczony dom i przejścia między ruinami. Wiedziałam, gdzie możemy spędzić całe popołudnie, gdzie zostawić rzeczy, a gdzie lepiej nawet nie zaglądać. Pozwalałam kolejnym osobom odkrywać to ze sobą i wiedziałam, że są ludzie, którzy zrozumieją. I tacy, którzy mimo wszystko patrzą na to moimi oczyma.
A później obrazy zniknęły całkowicie. Pozostałości z nich kurzyły się latami, piosenki przestały tyle znaczyć, a na spacer zaczęłyśmy chodzić w przeciwnym kierunku. Nie pamiętam, kiedy byłam tam ostatnio.
Ale są rzeczy, o których się nie zapomina. Są marzenia, które nigdy nie umierają. A kiedy stajesz na głowie, kiedy wreszcie wyciągasz ręce w ich kierunku... budzi się nawet podświadomość. Zaczynają wracać dźwięki, które kiedyś były nieodłączną częścią codzienności. Powtarzasz poranne rytuały. Przymykasz powieki, słuchając piosenek i widzisz dokładnie te same miejsca, podobne sceny. I na spacer, instynktownie, idziesz tam gdzie kiedyś...
Obudziłam się ze snu, trzymając w ręku spełnione marzenie. Poszłam na spacer. Mam wrażenie, że pierwszy prawdziwy od lat. Stoję na skraju nagrzanego asfaltu, słońce powoli chowa się za horyzontem, który rozpościera się wprost przede mną i kusi, by podejść bliżej. Po prawej stronie mam te uliczki, nieco już odnowione. Po lewej, pomiędzy rzucającymi łagodne cienie drzewami, w smugach zachodzącego słońca chowa się nasz azyl. Mój, własny, prywatny. Uciekałam tam tyle razy, żeby się otworzyć, że dziś czuję się jak w domu. Jak ktoś, kto po długiej zimie otwiera zamglone oczy i powoli wreszcie rozpościera ramiona. Ostrożnie stawiam kroki w trawie, by niczego nie zepsuć. Idealnie.
Marzenia nie mają ceny.
Opowiadałam Ci o tych wizjach, pamiętasz? Opowiadałam Ci co widzę, a Ty za wszelką cenę starałaś się zrozumieć. Doceniałam to nawet mimo świadomości, że nigdy nie będziesz w stanie zobaczyć tego moimi oczami. Nie da się. Ale chodziłaś ze mną na spacery i pozwalałaś mi się w to zagłębiać. Uśmiechałaś się, kiedy było to potrzebne i odwracałaś wzrok w momentach, kiedy nie mogłaś patrzeć. Pstryk.
Są takie miejsca, na myśl o których wciąż się uśmiecham. Przestałam tam bywać, kiedy te obrazy zaczęły odpływać sprzed moich oczu. A kiedyś byłam tam codziennie. Znałam na pamięć wszystkie te ścieżki, uliczki, każdy opuszczony dom i przejścia między ruinami. Wiedziałam, gdzie możemy spędzić całe popołudnie, gdzie zostawić rzeczy, a gdzie lepiej nawet nie zaglądać. Pozwalałam kolejnym osobom odkrywać to ze sobą i wiedziałam, że są ludzie, którzy zrozumieją. I tacy, którzy mimo wszystko patrzą na to moimi oczyma.
A później obrazy zniknęły całkowicie. Pozostałości z nich kurzyły się latami, piosenki przestały tyle znaczyć, a na spacer zaczęłyśmy chodzić w przeciwnym kierunku. Nie pamiętam, kiedy byłam tam ostatnio.
Ale są rzeczy, o których się nie zapomina. Są marzenia, które nigdy nie umierają. A kiedy stajesz na głowie, kiedy wreszcie wyciągasz ręce w ich kierunku... budzi się nawet podświadomość. Zaczynają wracać dźwięki, które kiedyś były nieodłączną częścią codzienności. Powtarzasz poranne rytuały. Przymykasz powieki, słuchając piosenek i widzisz dokładnie te same miejsca, podobne sceny. I na spacer, instynktownie, idziesz tam gdzie kiedyś...
Obudziłam się ze snu, trzymając w ręku spełnione marzenie. Poszłam na spacer. Mam wrażenie, że pierwszy prawdziwy od lat. Stoję na skraju nagrzanego asfaltu, słońce powoli chowa się za horyzontem, który rozpościera się wprost przede mną i kusi, by podejść bliżej. Po prawej stronie mam te uliczki, nieco już odnowione. Po lewej, pomiędzy rzucającymi łagodne cienie drzewami, w smugach zachodzącego słońca chowa się nasz azyl. Mój, własny, prywatny. Uciekałam tam tyle razy, żeby się otworzyć, że dziś czuję się jak w domu. Jak ktoś, kto po długiej zimie otwiera zamglone oczy i powoli wreszcie rozpościera ramiona. Ostrożnie stawiam kroki w trawie, by niczego nie zepsuć. Idealnie.
Marzenia nie mają ceny.
5 kwietnia 2015
Trening Dobrej Myśli, część 4.
Co jutro robicie? - wystukuję na klawiaturze między jednym a drugim piętrem, kolejny raz biegnąc gdzieś na złamanie karku. Tak jeszcze kilka tygodni temu wyglądało moje życie. Wszystko na już, najlepiej na wczoraj. Spędzam ten dzień w pracy, w międzyczasie odpisując z opóźnieniem na kilka wiadomości. Dawno nie rozmawiałyśmy. Nie pamiętam, czy po pracy wyszłam na piwo, czy po prostu wróciłam później... Choć nie, pamiętam. Piwa nie było, bo On dzień wcześniej wyleciał z kraju. A na to piwo chodziłam tylko z Nim. Pamiętam, że uciekł mi tramwaj i rozmawiając z nią przez telefon stałam w bramie na Zielonej, modląc się w duchu, by ten ostatni naprawdę się nie spóźnił. I obiecałam, że przyjadę. Choć miało mnie tam nie być. Przysięgam, że to była najdłuższa sobota w życiu. Ten samochód, który w drodze z Wrocławia miał dawno zamknięty licznik, tamtego dnia jechał żółwim tempem, a kiedy wreszcie zatrzymał się pod Monopolem na stacji, było już po północy. I po imprezie. Zakończonej z hukiem jakich mało. Ale mnie tam przecież nie chodziło o imprezę. Kocham to miejsce. Najlepsze, by odpocząć. Najlepsze, by pozbierać myśli. A droga powrotna zawsze jest czasem podejmowania decyzji. Które były mi wtedy potrzebne. Nadal są. Tamtej niedzieli wszystko się zaczęło. Kiedy siedzieliśmy na ławce nad jeziorem, wiatr rozwiewał włosy, a świeże powietrze wypełniało płuca i każdą komórkę ciała z osobna. Mnie tam nie ma. Ja się wyłączam, chłonę obecność ludzi, których sama sobie wybieram i chłonę piękno tego miejsca, choć wciąż jest nieodgadnione. Zazdroszczę. Zazdroszczę ludziom, którzy mają je na co dzień. I kiedy je komuś polecam - wracają nie mniej zakochani, zawsze dziękują. Bo warto. I zawsze będę to powtarzać.
To jest najcieplejsza myśl tego najtrudniejszego miesiąca. Moment podjęcia decyzji, która zawsze będzie trudną. I drugiej, której chyba przestałam się obawiać. Następnym razem walizka będzie większa. Największa. I nie będzie biletu powrotnego.
To jest najcieplejsza myśl tego najtrudniejszego miesiąca. Moment podjęcia decyzji, która zawsze będzie trudną. I drugiej, której chyba przestałam się obawiać. Następnym razem walizka będzie większa. Największa. I nie będzie biletu powrotnego.
5 marca 2015
Trening Dobrej Myśli, część 3.
Środa wieczór. Metro jak zawsze pełne ludzi, choć jest środek tygodnia. Piwo za piwem, dym papierosowy unosi się w powietrzu. Zamawiasz jedno, drugie i patrzysz mi w oczy. Spokojnie, niespiesznie. Kierujesz w moją stronę słowa, których chyba nigdy nie chciałam usłyszeć, ze strachu. I mam wrażenie, że rozpisujesz to na kartce jak małemu dziecku. Czasem jesteś trochę jak rodzic. Choć tak naprawdę, poza tym co oczywiste, widzę w Tobie przede wszystkim przyjaciela. Kogoś na kształt, bo nie do końca. Zawsze myślałam, że ten mur, który postawiłam wokół siebie jest nie do pokonania. Że nikt, nigdy, nie będzie w stanie się przez niego przebić. Ale Ty wkraczasz w moje życie powoli. Prosisz o klucze, a kiedy wbijam wzrok w ziemie i oboje wiemy, że tych kluczy Ci nie dam - uśmiechasz się spokojnie i mówisz nie szkodzi, nie ma sprawy. I zamiast naciskać, po prostu znajdujesz sposób. Nie przebijasz tego muru, po prostu go obchodzisz. Z cierpliwością, jakiej nikt nigdy nie miał. I dziś już wiem, że nikt wcześniej nie chciał do mnie dotrzeć. Nie tak, jak Ty. Więc patrzę Ci w oczy i słucham. I chłonę. Kolejne słowa prosto z Twoich ust. I dziękuję Ci za to, że jesteś. Za wszystko, co dla mnie robisz. I Ty wiesz, jak wiele to znaczy. Bo ja te słowa wypowiadam bardzo rzadko. Jestem zmęczona. Wszystkim, co mnie otacza. Moje życie nigdy nie było tak intensywne jak jest w tej chwili. I chyba się bałam, że nigdy nie będzie. Ale kiedy siedzę tu z Tobą, jestem po prostu szczęśliwa.
8 lutego 2015
Trening Dobrej Myśli, część 2.
Z jednej strony wierzę, że moje życie jest sumą moich decyzji. Z drugiej... prawda jest taka, że gdyby nie D., nie znalazłabym się w miejscu, w którym aktualnie się znajduję. I jestem mu za to wdzięczna. Moja nieobecność tutaj zaczęła się od tego, że pewnego dnia... zadzwonił telefon. Cała reszta potoczyła się już szybko. Tak poznałam Pana D. Człowieka, dzięki któremu moje życie zmieniło tor i kiedy dziś patrzę przed siebie, lub chwilowo obserwuję siebie z boku - wiem, że ta droga jest właściwa. Choć nie łatwa, absolutnie. I nie zawsze wydaje się najprzyjemniejszą. Ale dziś każdy kolejny dzień zaczynam uśmiechem i każdy dzień w taki sam sposób kończę. I te uśmiechy nie są wymuszone. A jeśli bledną, to tylko na chwilę. I w żaden sposób nie sprawiają, że cokolwiek się sypie. Choć praca nad nastawieniem jest tak naprawdę jedną z najtrudniejszych rzeczy, z jaką mierzę się od kilku tygodni. Pan D. zapoczątkował w moim życiu okres, w którego istnienie zaczynałam wątpić. Przede wszystkim uwierzył we mnie w momencie, w którym dla mnie strachu było więcej niż wiary w lepszą przyszłość. Choć i przeszłość zła przecież nie była. D. uwierzył w moje możliwości, dał mi ogromny kredyt zaufania i... pozwolił mi naprawić to, co we mnie zepsute. A wtedy naprawdę pokonałam smutek. Największym dowodem tej wiary było to, że poza swoim przekonaniem jak wiele jestem w stanie zrobić, przekonał do tego innych. I mnie samą. Ale wbrew temu, co pewnie większość z Was pomyślała, D. nie jest facetem, przy którym budzę się co rano. Ani nawet raz w tygodniu. Ani w ogóle nigdy. D. jest kimś, dzięki komu moje życie, nie tylko zawodowe, nabrało rozpędu. Choć nie jest moim szefem. Ani żadnym przełożonym. Zaczęłam w życiu ten okres, gdzie pracuje się po piętnaście godzin dziennie. Ten okres, kiedy bliskie relacje zostają wystawione na solidną próbę, a ja nie mam czasu zastanowić się nad tym, czy tę próbę przetrwają. Więzi się trochę poluzowały, choć dbamy o nie z całych sił. Po prostu brakuje nam chwili, żeby pójść na spacer i naprawdę nadrobić wszystko, co zostało przemilczane w ostatnich tygodniach. Nadrobimy w przyszły weekend, obiecuję. Kalendarz mam zapełniony po brzegi, spotkania z ludźmi nawet w porze śniadania. A mimo to w tym tygodniu już naprawdę się postaram, żeby wrócić i tutaj. Stęskniłam się za Wami!
W Treningu Dobrej Myśli myśl miała być jedna, więc moją najistotniejszą, personalną, jest rozwój zawodowy, ale nie byłabym sobą, gdybym nie podzieliła się z Wami jeszcze jednym pozytywem. Otóż! Wtorkowy wieczór przyniósł wiadomość, że moja rodzina jest o 53cm dłuższa i 3300g cięższa. I jaśniejsza o ten maleńki, bezzębny uśmiech najsłodszej czarnulki na świecie, która podkradła mi drugie imię, ale z którą bardzo chętnie się nim dzielę. Taka ze mnie szczęśliwa ciotka!
/ co u Was? :)
5 stycznia 2015
Trening Dobrej Myśli, część 1.
Pamiętasz, jak zamykałyśmy drzwi od pokoju, piłyśmy hektolitry herbaty i wyobrażałyśmy sobie, jak to będzie mieszkać w końcu gdzie indziej? Układałyśmy w głowach scenariusze wypraw w najpiękniejsze miejsca, a zapach herbaty malinowej, którą tak bardzo lubiłaś, mieszał się z tym, który ukochałyśmy w sobie obie - z pożółkłym, przykurzonym papierem, po którym delikatnie wędrowały opuszki tak, by niczego nie zepsuć. Miałyśmy takie marzenia, by bose stopy ustawiać na zielonej trawie, mieszać śmiech z ulubionymi piosenkami i zatrzymywać się w pół kroku, by patrząc im w oczy skradać pocałunki. Chciałyśmy wtedy latać.
Ale zawsze bliższe nam były te chwile spokoju. Spacery nad morzem, gdzie dłonie splecione były z sobą w nierozerwalną całość i nic już miało się nie zmieniać. Później Wy się rozpadliście, choć te małe cząstki Was wciąż rwały do siebie, a i My zaczęliśmy się sypać, aż wreszcie wszystko uleciało.
Dzisiaj to molo jest moje. Dzisiaj jest wieczór piękny i spokojny i choć jest ciemno i mroźno, ja wciąż i na powrót w sercu mam tę wiosnę. Nie stawiam stóp tak ostrożnie jak wtedy miałam to robić, nie ma tej muzyki, herbaty i zapachu papieru. I ludzie wokół są inni. Ale obiecałyśmy sobie kiedyś zobaczyć Sopot zimą. Obiecałyśmy sobie pomyśleć o tym, co wtedy było ważne. Stoję na tym molo, choć rąk nie wyciągam ku górze. I choć wiatr wieje chłodny, ja otulam się ciepłem. Coś mi się przypomina, choć tak naprawdę więcej teraz niż wtedy. Ale ja dotrzymuję obietnic, a wtedy je składałyśmy. Choć to nie My wzajemnie pomagamy sobie latać, ja mam wrażenie, że unoszę się w powietrzu. Tak subtelnie, kilka centymetrów nad ziemią.
I spoglądam w przestrzeń, gdzie woda miesza się z niebem i wiem, że jedynym ograniczeniem dla nas jesteśmy my sami. Że nie ma żadnych granic, żadnych punktów za wysoko, do których nie da się doskoczyć. Wciągam w płuca to powietrze i wypełniam nim całą siebie. Zostawiam w oddali to, co krępuje ruchy. A kiedy odchodzę - oglądam się za siebie i obiecuję, samej sobie w ciszy, że kiedyś tu wrócę. W dzień, by zapamiętać każdy szczegół z tego, co dziś ukryte jest w mroku. Lubię miejsca, w których zostawiam skrawki siebie. I lubię spełniać marzenia.
*
Nie mam postanowień noworocznych. Chyba po prostu w to nie wierzę. Ale mam na ten rok kilka dobrych myśli, którymi w taki czy inny sposób chciałabym się z Wami podzielić. Jedną z tych rzeczy jest właśnie Trening Dobrej Myśli. Ale nie byle jaki. Bo nawet jeśli dziś cofam się w przeszłość, to sens tkwi w tym, co wydarzyło się niedawno. Spełniłam marzenie. Każdego piątego dnia miesiąca chcę dzielić się z Wami tymi Dobrymi Myślami, które nie są starsze niż trzydzieści dni. Mam takie małe pragnienie, by wysłać w świat trochę uśmiechu i dobrej energii, którą w sobie noszę. Bo Wam też się ona należy :)
Ale zawsze bliższe nam były te chwile spokoju. Spacery nad morzem, gdzie dłonie splecione były z sobą w nierozerwalną całość i nic już miało się nie zmieniać. Później Wy się rozpadliście, choć te małe cząstki Was wciąż rwały do siebie, a i My zaczęliśmy się sypać, aż wreszcie wszystko uleciało.
Dzisiaj to molo jest moje. Dzisiaj jest wieczór piękny i spokojny i choć jest ciemno i mroźno, ja wciąż i na powrót w sercu mam tę wiosnę. Nie stawiam stóp tak ostrożnie jak wtedy miałam to robić, nie ma tej muzyki, herbaty i zapachu papieru. I ludzie wokół są inni. Ale obiecałyśmy sobie kiedyś zobaczyć Sopot zimą. Obiecałyśmy sobie pomyśleć o tym, co wtedy było ważne. Stoję na tym molo, choć rąk nie wyciągam ku górze. I choć wiatr wieje chłodny, ja otulam się ciepłem. Coś mi się przypomina, choć tak naprawdę więcej teraz niż wtedy. Ale ja dotrzymuję obietnic, a wtedy je składałyśmy. Choć to nie My wzajemnie pomagamy sobie latać, ja mam wrażenie, że unoszę się w powietrzu. Tak subtelnie, kilka centymetrów nad ziemią.
I spoglądam w przestrzeń, gdzie woda miesza się z niebem i wiem, że jedynym ograniczeniem dla nas jesteśmy my sami. Że nie ma żadnych granic, żadnych punktów za wysoko, do których nie da się doskoczyć. Wciągam w płuca to powietrze i wypełniam nim całą siebie. Zostawiam w oddali to, co krępuje ruchy. A kiedy odchodzę - oglądam się za siebie i obiecuję, samej sobie w ciszy, że kiedyś tu wrócę. W dzień, by zapamiętać każdy szczegół z tego, co dziś ukryte jest w mroku. Lubię miejsca, w których zostawiam skrawki siebie. I lubię spełniać marzenia.
*
Nie mam postanowień noworocznych. Chyba po prostu w to nie wierzę. Ale mam na ten rok kilka dobrych myśli, którymi w taki czy inny sposób chciałabym się z Wami podzielić. Jedną z tych rzeczy jest właśnie Trening Dobrej Myśli. Ale nie byle jaki. Bo nawet jeśli dziś cofam się w przeszłość, to sens tkwi w tym, co wydarzyło się niedawno. Spełniłam marzenie. Każdego piątego dnia miesiąca chcę dzielić się z Wami tymi Dobrymi Myślami, które nie są starsze niż trzydzieści dni. Mam takie małe pragnienie, by wysłać w świat trochę uśmiechu i dobrej energii, którą w sobie noszę. Bo Wam też się ona należy :)
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)